Dwa miesiące za nami

Tygodnie mijają bardzo szybko, że aż trudno mi uwierzyć, że mój syn ma już ponad dwa miesiące. Przez ten czas nauczył się obdarowywać mnie najpiękniejszymi uśmiechami na planecie, chwytać przedmioty w te drobne dłonie, zwracać na siebie uwagę zagadując nas. Nauczył mnie stawania na baczność o 2 nad ranem, robienie z siebie pajaca, spokoju ducha pod presją dziecięcego płaczu, codziennego wychodzenia na spacer i obdarowywania drugiej osoby bezwarunkową miłością. Dwa miesiące, czyli zostało mi dziesięć, które mogę nieograniczona czasowo spędzić właśnie z nim. Czas tak szybko mija, on tak szybko rośnie. Jeszcze nie tak dawno był takim maleństwem, którego bałam się wziąć na ręce. Zanim się obejrzę, a bedzie wyciągać do mnie rączki, bym go wzięła na ręce, pojawią się ząbki, zacznie siadać, jeść stałe pokarmy...

Byłam z Jasiem w Multikinie. Z lekką obawą wchodziłam na salę pełną matek z dziećmi. Niepotrzebnie. Mój syn to urodzony kinoman. Gdy P wrócił do domu z entuzjazmem opowiadałam mu o seansie i o tym jaki grzeczny był nasz syn. Poszliśmy więc razem, w niedzielę, do Muranowa na "Mustanga". P z równym zdziwieniem wyszedł ze mną z seansu. Zero płaczu, siedział spokojnie na kolanach prawie połowe seansu, spał w wózku większość. Byliśmy też z nim na wystawieTitanic, gdzie okazał się być równie wyrozumiały. Może jednak nie jest tak źle. Nie muszę rezygnować ze "wszystkiego".

Kilka ostatnich ujęć z naszej codzienności.













Brak komentarzy:

Prześlij komentarz